Z Purgerem po Zagrzebiu

A Purger powiedział…

czyli kilka wypominek o Zagrzebiu

 

„Byłaś kiedyś w Wiedniu?” – zapytał mój kolega, Dražen, najbardziej chorwacki Chorwat i zagrzebianin od urodzenia (czyli tytułowy Purger właśnie).
„Nie byłam” – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
„No, to w Zagrzebiu jest tak samo jak w Wiedniu, tylko tam wszystko jest cztery razy większe niż tu”.

 

Dražen to najlepszy przewodnik z jakim kiedykolwiek zwiedzałam jakiekolwiek miejsce. I to nie dlatego, że znamy się i lubimy, ale dlatego, że o swoim mieście wie ogromnie dużo i chętnie swoją wiedzą indoktrynuje przybyłych. Nasłuchałam się o tej Chorwacji co nie miara – poznałam historię tego kraju od średniowiecza po najnowsze wydarzenia w parlamencie (czyli saborze, a ten ma siedzibę w Pałacu Bana na placu św. Marka – zdjęcia poniżej).

Najpierw zapytał, do jakiego muzeum chcę się wybrać. Wybór jest duży, naprawdę spory. Muzeum Zerwanych Związków, Muzeum Iluzji, Muzeum Techniki, Muzeum Street Artu, Muzeum Sztuki Naiwnej, Umjetnički paviljon – Pavilon  Sztuki… (you name it!)

Może zakręcić się od tego w głowie – a zatem pytam: no to które muzeum TY polecasz?

A Purger powiedział…

Muzeum Miasta Zagrzebia

Oczywiście, tego mogłam się spodziewać. Uśmiecham się tylko i zwiedzam właśnie to muzeum. Dowiaduję się dużo, jak najbardziej, ale niestety dzięki przewodnikowi. Wprawdzie główne informacje tłumaczone są na język angielski, ale eksponaty opisane są tylko w języku chorwackim. Dla kogoś zatem, kto nie może liczyć na towarzystwo i wiedzę przewodnika, muzeum to może okazać się żmudnym i nudnym doświadczeniem, a zatem przebieżką przez kilkanaście sal opowiadających historię Zagrzebia przez stulecia – od momentu, kiedy w miejscu Zagrzebia były walczące ze sobą dwa grody (Gradec i Kaptol, czyli historia konfliktu władzy kościelnej z władzą świecką) – aż po wydarzenia jugosławiańskiej wojny domowej (1991-1995).

No to co, może Muzeum Zerwanych Związków? Słyszę tylko, że jest przereklamowane. Prywatne, małe i przyćmiewające prawdziwie interesujące kolekcje.

Upieram się natomiast na wizytę w innym muzeum. Mówię – chodźmy do Muzeum Sztuki Współczesnej! A Purger powiedział… „poczekam na zewnątrz”.

 

Muzeum Sztuki Współczesnej

Po dyspucie dotyczącej definicji i roli sztuki, udaję się do muzeum sama. I wiecie co? Nie żałuję! Muzeum warte jest polecenia tym, których nie denerwuję nazywanie sztuką obiektów codziennego użytku. Oczywiście potraktujcie ten komentarz z przymrużeniem oka. Nie będziemy w tym miejscu przywoływać instytucjonalnej definicji sztuki, ani Marcela Duchampa. Natomiast jeżeli ktoś jest zainteresowany tym, co działo się w sztuce na Bałkanach po II wojnie światowej – to jest naprawdę dobre miejsce. Oprócz wyraźnych akcentów bałkańskich (oczywiście pojawiają się prace Mariny Abramovič, ale także wielu ciekawych i nieco mniej znanych artystów: Borisa Bučana czy grupy OHO – cóż, może powinnam zaznaczyć, że ja ich po prostu wcześniej nie znałam), obejrzeć można prace Josepha Beuysa czy grupy Fluxus.

Poniżej umieszczam kilka ujęć muzeum, które jednych zniechęcą, innych przekonają. A może będą i tacy, którzy udając się razem do Zagrzebia postąpią jak ja i Dražen – jedno pójdzie do muzeum, drugie na kawę do pobliskiej galerii… handlowej.

Zagrzebia 360 stopni

Zagreb Eye

Razem udaliśmy się do centrum. Nie mogłoby być inaczej. Spacerując uliczkami stanowiącymi bijące serce Zagrzebia, można napotkać wiele atrakcji – subiektywną listę top miejsc przedstawiam w innym miejscu.

Tu natomiast chcę nakreślić ogólne wrażenie centrum chorwackiej stolicy.

Jest kapitalnie energetyczna. Mnóstwo knajp, knajpeczek, restauracji i restauracyjek, barów i pubików wypełniają purgerzy i turyści Do kawy zawsze podawana jest szklanka wody (a to w skwarze prawdziwie cieszy). Piwo smakuje dobrze i podawane jest w polskim standardzie – czyli w półlitrowych kuflach (lub pokalach).

Główną kawiarnianą ulicą, czyli Tkalčićeva, płynie morze ludzi o każdej godzinie dnia i nocy.

W ciągu dnia można zakupić żywieniowe specjały na targu Dolac pod Katedrą Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. A na całość centrum i Zagrzebia w ogóle spojrzeć można z tzw. Zagreb Eye. Wejście wprawdzie jest drogie, ale karta „lojalnościowa” daje możliwość zniżek do muzeów oraz innych miejsc turystycznych. Holistyczne ujęcie stolicy z prawie-lotu-ptaka zapewnia wspaniałe wizualne wrażenia. A komentarz przewodnika, a przypominam, że mój był po prostu najlepszy, dopełnia obraz informacjami.

„Zagrzeb 360 stopni” to możliwość spojrzenia na wszystkich z góry (och, nie zabrzmiało to być może najlepiej), co daje wielką radość, choć odbywa się zza krat, no cóż, trudno. Z wysokości wypatrzeć można układające się w charakterystyczną końską podkowę (podkowa Lenuciego / Lenuci Horseshoe) parki dolnego miasta (słynny projekt chorwackiego urbanisty Milana Lenuciego; przebudowa miała miejsce po trzęsieniu ziemi w Zagrzebiu w 1880 roku; parki zaprojektowano między 1883 a 1887 roku; całość ukończono w 1889 roku – wtedy końce podkowy spotkały się w nowo powstałym parku botanicznym). Podziwiać można również mieniące się różnymi odcieniami i stylami kolejno powstające dzielnice stolicy oraz bujną zieloność stolicy.

Patrząc uważnie, ale i chyba mniej uważnie także, dostrzec można ślady przeszłości, czyli pozostałości po dwóch grodach stanowiących pra-oś Zagrzebia. Między miejscowościami płynęła rzeka, a właściwie strumień (dziś płynie tam rzeka ludzi – bo jest to wspomniana ulica Tkalčićeva, dopiero pod nią szumią stare wody). Jej brzegi łączył most, a dziś została po nim tylko nazwa ulicy, gdzie kiedyś istniał – Krvavi Most. Co tu więcej dodać? Nazwa streszcza doskonale jego główną funkcję. To na tym moście odbywały się walki między mieszkańcami górnego miasta (Gradeca na wzgórzu Grič) i dolnego miasta (Kaptolu). Po stronie dawnego Kaptolu króluje katedra, po stronie Gradeca znajdziemy m.in. siedzibę chorwackiego parlamentu (saboru) na placu św. Marka.

Z wysokości kilkunastu pięter zaplanować można dalszą podróż. My wybraliśmy obiad.

Jezioro Jarun

Mieszkańcy Zagrzebia czas spędzają w centrum, ale chwile relaksu oferuje też położone w południowo-wschodniej części stolicy jezioro Jarun. Sobotnie popołudnie spędziłam z moim przewodnikiem i jego przyjaciółmi na urodzinowym grillu nad jeziorem. Tak, tak, Chorwaci podobnie jak Polacy upodobali sobie wiosenne grillowania, co zresztą od początku mojego pobytu w Chorwacji rzuciło mi się w oczy za sprawą wszędobylskich plakatów krzyczących: grillaj i chillaj! No to chillowałam!

Jezioro, plaże, lasy i parki, kluby, sportowe i innej maści atrakcje tworzą ogromnych rozmiarów kompleks wypoczynkowy dla mieszkańców Zagrzebia. Można tu się opalać, pobiegać, jeździć na rolkach, pograć w siatkówkę lub urządzić grilla z przyjaciółmi. Można też obejść jezioro, edukując się w historii chorwackiego sportu, krocząc aleją sław (co kilka kroków usytuowana jest tablica ze zdjęciem i biografią chorwackiego sportowca).

Całość przypominała mi nieco poznańskie Jezioro Maltańskie (choć rozmiary Malty są zdecydowanie mniejsze).

Jarun to także miejsce, gdzie co roku w czerwcu odbywa się największy chorwacki festiwal muzyczny w otwartej przestrzeni, czyli InMusic Festival. Dla melomanów zatem początek wakacji to idealna pora na odwiedzenie stolicy Chorwacji.

Mimo że nad jeziorem świetnie się bawiliśmy, mina zrzedła i mnie, i Draženowi, gdy okazało się, że oboje mogliśmy i chcieliśmy być na meczu piłki nożnej zespołu ze stolicy (Dinamo Zagrzeb), ale oboje pomyśleliśmy, że druga strona nie chce w tym uczestniczyć. Cóż, Dražen jako największy fan Dinamo obwinił mnie, a ja z kolei mogłam tylko dodać mecz na listę miejsc i wydarzeń, po które chcę do Chorwacji wrócić.

 

Cmentarz Mirogoj

Zaraz, zaraz… zwiedzać cmentarz? Trochę to dziwne…? Niekoniecznie. Mirogoj zyskuję na turystycznej ciekawości z roku na rok. Dziwią się raczej mieszkańcy samego Zagrzebia. Rozumiem to, kiedy wyobrażam sobie, że to mnie w mojej rodzinnej miejscowości odwiedzają przyjaciele z zagranicy i pytają o możliwość odwiedzenia cmentarza jako atrakcji turystycznej, gdzie ja przecież chodzę, żeby składać kwiaty i światło na grobach bliskich. No tak, dziwne to. Przecież jest tyle innych rzeczy do zobaczenia!

Ale cmentarze, przyznacie, są dobrymi miejscami do spaceru i rozmyślań. Bywają piękne. Widziałam już ludzi, którzy na cmentarzach rozkładają koce i opalają się (takie luźne podejście do miejsca wiecznego spoczynku zaobserwowałam wśród Szwedów), więc co dziwnego w spacerze?

A Mirogoj to naprawdę przepiękny cmentarz i park. Poniżej oczywiście kilka zdjęć, które, mam nadzieję, pokażą, że wiele nagrobków to po prostu prawdziwe majstersztyki.

Na Mirogoju można także odwiedzić groby znanych chorwackich postaci. Jest tu pochowany Franjo Tuđman, pierwszy po rozpadzie Jugosławii prezydent Chorwacji, który piastował swój urząd w latach 1990-1999. Jego pomniki można spotkać w każdym niemal mieście chorwackim, a główne lotnisko Zagrzebia nazwane jest właśnie jego imieniem. Szanowanego powszechnie w całym kraju prezydenta można dziś odwiedzić na Mirogoju.

Są tu także pochowani inni politycy, pisarze (np. Ivana Brlić-Mažuranić, pisarka książek dla dzieci nazywana chorwackim Andersenem, czasem nawet chorwackim Tolkienem) i sportowcy (m.in. koszykarz Dražen Petrović, z którym w tragicznym wypadku zginęła chorwacka koszykówka, jak powiedział Dražen, tym razem mój przewodnik).

Miejscem, które mnie ogromnie poruszyło na Mirogoju był monument upamiętniający jugosławiańską wojnę. W latach dziewięćdziesiątych mieszkańcy stolicy zaczęli spontanicznie przynosić do centrum i kłaść na ulicy cegły. Każda z takich cegieł upamiętniać miała jedną osobę, która zaginęła lub zginęła w trakcie wojny. Po zakończeniu działań militarnych w centrum Zagrzebia powstał ogromnych rozmiarów mur. Mur, który stał się po czasie kłopotliwy, trudny, rozdrapujący ranę wojny. W końcu zapadła decyzja o przeniesieniu cegieł na Mirogoj. Dziś stanowią fundament pod wspomniany monument, na którego powierzchni wypisane są wszystkie imiona ofiar wojny lat dziewięćdziesiątych. Bez wątpienia wspaniały przykład postawy mieszkańców Zagrzebia, jego władz i artysty odpowiedzialnego za upamiętnienie najświeższej i najtrudniejszej rany chorwackiej. Napis na pomniku głosi: głos chorwackich ofiar, ściana boleści (Glas hrvatske zrtve. Zid boli).

Cóż, moja wizyta w Zagrzebiu nie była bardzo długa, ale za to bardzo intensywna. Udało mi się zobaczyć więcej, niż powyżej opisane „atrakcje”, ale zachęcam do tego, by po prostu w Zagrzebiu się zgubić wśród rozpalonych w słońcu uliczek, cienia platanów, knajpeczek oferujących zimne trunki i pyszne jedzenie. Każdemu tez życzę, by znalazł swojego lokalnego przewodnika, choć przykro mi, ale lepszego niż mój nie znajdziecie 🙂

 

Zobacz też:

Jedna myśl na temat “Z Purgerem po Zagrzebiu

Dodaj komentarz