W meksykańskich objęciach

Zimą najcieplej

Polska zima, luty, mroźne powietrze, przeszywający wiatr, minusowe temperatury – idealny czas na to, by spakować plecak i wyruszyć w daleką podróż – cel? Słońce. Upał zimą? Meksyk!

Lecimy (my – czyli ja i trójka moich przyjaciół) z Berlina do Madrytu, gdzie wsiadamy na pokład samolotu, który zabiera nas na Półwysep Jukatański do miejscowości Cancun. Startując w Berlinie trzęsiemy się z zimna – jest około -15 stopni. Gdy wysiadamy z samolotu na Jukatanie jest już wieczór, ale powietrze drga w przyjaznych +25. Dla nas to już upał. Ściągamy kurtki, swetry i upajamy się czterdziestostopniowa amplitudą.

Czekają nas dwa tygodnie w szalonym Meksyku. To będzie podróż-wyzwanie. Pod różnymi względami.

Przede wszystkim wyzwanie fizyczne. Plan naszej podróży jest tak napięty, że nie da się w niego wcisnąć dodatkowych siedmiu minut na plażowanie. W końcu jednak łamiemy żelazny grafik i improwizujemy. Na koniec i tak w naszych zmęczonych mięśniach odczuwalne są te liczby:

Plan podróży?

(Półwysep Jukatański) Cancun – Uxmal – Mérida – Chichen Itza – Valladolid – (Stan Chiapas) Palenque – Misol-Ha – Aqua Azul – San Cristóbal de las Casas – Chamula –  Chiapa de Corzo – Kanion Sumidero – Tuxtla Gutiérrez – (stan Puebla) Puebla – Cholula – (Dystrykt Federalny) Miasto Meksyk – (Jukatan) Isla Mujeres – Cancun

Meksyk to także wyzwanie komunikacyjne – cztery osoby podróżujące razem przez czternaście dni – dzień w dzień inne krajobrazy lecz te same twarze wokół. Dalekie wyprawy pozwalają nabyć duże porcje wiedzy o innych, bliższych lub dalszych nam – oczywiście, ale także i o nas samych – zaczynamy rozumieć jak lubimy podróżować, jak i z kim spędzać czas, jaka porcja samotności jest nam niezbędna do codziennego funkcjonowania. Na szczęście nam udało się wyruszyć i wrócić razem 🙂

Meksyk sam w sobie był wyzwaniem – na każdym kroku odkrywaliśmy inną jego stronę. Wszystkie stany, które odwiedziliśmy (a byliśmy zaledwie w trzech i jednym dystrykcie z trzydziestu jeden + Dystrykt Federalny stanowiących Meksykańskie Stany Zjednoczone) były od siebie tak niezwykle różne.

 

Meksyk to 2 miliony kilometrów kwadratowych. My uszczknęliśmy tylko kawałek z  meksykańskiego tortu, atmosfery i kolorytu.

 

Byliśmy na jednej z najpiękniejszych plaż na świecie w karaibskiej scenerii.

Przechadzaliśmy się po turystycznym Cancun, w którym ulice wypełniają wieczorami amerykańscy turyści.

Zwiedzaliśmy prekolumbijskie miasta Majów.

Włóczyliśmy się po miastach założonych przez konkwistadorów.

Podziwialiśmy oszałamiającą przyrodę.

Staliśmy pod wodospadem, gdzie kręcono „Predatora”.

Zgubiliśmy się, jadąc nocą przez dżunglę.

Jedliśmy na śniadanie świeże owoce od rykszarza w Palenque.

Zostaliśmy zatrzymani przez strajkujących partyzantów.

Mieliśmy już dość oglądania piramid.

Uczestniczyliśmy w głośnym karnawale.

Zawitaliśmy do chrześcijańskiego (a jednocześnie indiańskiego) kościoła, w którym nie można wykonywać zdjęć, bo te kradną dusze.

Tańczyliśmy ze szczudlarzami na ulicach Tuxtli.

Pochorowaliśmy się od meksykańskiej kuchni.

Staliśmy się pikselami w obrazie 20-milionowej metropolii Meksyku i zrozumieliśmy co oznacza wyrażenie „rzeka ludzi”.

Zrozumieliśmy, że burrito w Meksyku nie ma racji bytu.

Uczestniczyliśmy w prywatnej mszy odprawianej w Guadalupe.

Widzieliśmy sępy i krokodyle z odległości zaledwie kilku metrów.

Odwiedziliśmy dom Fridy Kahlo zanim ta odwiedziła w polskiej wystawie Poznań.

Oglądaliśmy rafę koralową, gdy nasz znudzony przewodnik karmił ryby.

Pływaliśmy w cenotach.

Często spoglądała na nas śmierć.

Byliśmy w Meksyku.

Było niepowtarzalnie.

Dodaj komentarz