Podróżniczy wihajster

Czy istnieje właściwy sposób podróżowania? To takie pytanie-pułapka. Wcale nie spodziewam się twierdzącej odpowiedzi. A jednak… taka istnieje.

Każdy z nas zdaje się posiadać dobrze naoliwiony mechanizm, który wyznacza cele i określa poziom satysfakcji z podróżowania: tak, tu było fajnie, nie – tam mi się nie podobało –właściwie dlaczego? Wypracowany przez lata wihajster podróży tak wskazuje, więc przy kolejnej wycieczce znowu się nim posłużymy.

Nic w tym odkrywczego, że jedni wolą podróże all inclusive w najlepszych hotelach, a dla innych samotna włóczęga z naturą w tle to konieczność. Dlaczego jednak tak rzadko będąc reprezentantami jednego obozu, pozwalamy sobie na wycieczkę do drugiego?

Z własnego schematu zdałam sobie sprawę całkiem niedawno. Co gorsza, odkryłam, że – co nie będzie zaskoczeniem – schemat ten mnie ogranicza.

Cały szacunek, którym obdarzałam swoje zamiłowanie do „wolnych podróży” pobladł, gdy zdałam sobie sprawę jak bardzo są nie-wolne. A niewola ta zaczyna się w głowie od wbudowanego weń przeze mnie mechanizmu. Jak zatem cieszyć się podróżą?

Swoje zniewolenie zrozumiałam podczas wyjazdu do Krakowa. Zaczęło się zwyczajnie – od myśli w rodzaju niepozornych – hm, dlaczego Kraków? Przecież już tam kiedyś mieszkałam – zupełnie tak, jak gdyby podróże i odkrywanie zarezerwowane było tylko dla miejsc zupełnie nowych i nieznanych, w które trzeba wetknąć swoją flagę zdobywcy: tu byłam! Albo nabazgrać na miejskim murze to samo stwierdzenie, najlepiej z datą.

Ulice Krakowa, którymi niegdyś przechadzałam się wielokrotnie, gdy mieszkałam przez krótki czas w tym mieście podczas wymiany studenckiej, nagle posmakowały jak najlepsze proustowskie magdalenki – wystarczyło tylko pozwolić sobie na ponowne odkrycie tego, co już się zna. Spojrzenie na znajomą przestrzeń jak na ląd czekający na odkrywczą inspekcję. Zmieniłam bieg podróży. Teraz sunęłam w przeszłość, rozkoszując się widokiem wydziałów, w których zdawałam egzaminy, kościołów, które tyle razy mijałam, ale nigdy nie znalazłam czasu, żeby wstąpić w ich cień na wyciszenie i nacieszenie – teraz miałam tego czasu pod dostatkiem.

Wihajster podsuwał jednak kolejne myśli – musisz zwiedzać, musisz wykorzystać każdą chwilę w Krakowie. Cóż, to prawda, ale czy nie dotyczy to rzeczywistości także poza podróżniczych? I dlaczego muszę pędzić? A może tak po porannej kawie na Grodzkiej i spacerze po plantach udać się do… kina Pod Baranami? Do kina zamiast na zwiedzanie?!

Tak też zrobiłam. Czy żałuję? Ależ skąd! Obejrzałam wspaniały film i zrelaksowałam się właśnie w taki sposób, jaki był mi potrzebny. Najpierw musiałam jednak tę potrzebę usłyszeć. W turystycznym gwarze, wśród pędzących na Wawel byłoby to niemożliwe. Wcale nie twierdzę, że główne atrakcje Krakowa należy omijać – zdecydowanie nie. Stwierdzam jedynie – istnieją różne sposoby doświadczania miejsca. Czasem lepiej dla naszego wewnętrznego spokoju odnaleźć w sercu zatłoczonego miasta ciemną salę kinową niż Zamek Królewski.

Nie lada frajdę sprawiło mi otwarcie się na to nowe, delikatne smakowanie podróży bez pośpiechu. Krążyć bez celu i adresu, spędzić za dużo czasu nad kolejną i za mocną kawą, przysiąść z książką na ławce w parku, obserwować przechodniów (choć planowało się czytanie), pozwolić sobie na obiad z nieznajomymi z drugiego końca świata w spontanicznym „a czemu nie?” rzuconym gdzieś pomiędzy synagogą a lodziarnią… – od dawna nie miałam tak udanych wakacji poza schematem.

Mój wihajster na pewno jeszcze się odezwie: zwiedzaj, koniecznie idź do tego muzeum, odwiedź to historyczne miejsce, zbadaj ten pomnik, szukaj nieznanego. Teraz jednak już wiem, że to ja sprawuję nad nim kontrolę, nie odwrotnie. Próbuję zatem deregulacji mechanizmu i nastawienia go na nowe obroty: podróż to przygoda, zwiedzanie to nie przymus, odkrywać można z pozoru odkryte. Oto właściwy sposób podróżowania – mój wihajster podróżniczy.

Dodaj komentarz