Podróż z dzieciństwa ku dorosłości

„Małe życie” Hanya Yanagihara

Małe życie i tak mało życia

Są opowieści smutne, są też takie, które żałośnie i lękliwie kładą się niczym głazy na sercach czytelnika. „Małe życie” pretenduje w moim przekonaniu do tych ostatnich.

„Hey, Jude”

Zdawałoby się, że jest to opowieść o grupie przyjaciół i o przyjaźni po prostu. Ale nie. A przynajmniej nie do końca. Z każdą kolejną przeczytaną stroną przekonujecie się, że jest to opowieść o jednej osobie. To Jude.

Jude to tajemnica powoli odkrywana przez pozostałych bohaterów i przez czytelników. Jude to cierpienie, które możecie jedynie obserwować. Jude to milczenie, na które możecie reagować frustracją, chcąc potrząsnąć bohaterem za ramię lub rzucić książką w kąt. Jude to w końcu pytanie: czy można pomóc komuś, kto tej pomocy nie chce lub nie potrafi przyjąć, kto tę pomoc (nie)świadomie sabotuje?

Roztwór rzeczywistości

„Małe życie” oprócz czytelniczych i eksperckich zachwytów doczekało się też sporej krytyki. Między innymi za obecny w opowieści osobliwy rys wyidealizowanego świata, nierealistycznej mrzonki, bajki dla dorosłych – bohaterowie nie mają zmartwień dotyczących m.in. materialnych dóbr, nie od razu, ale z czasem stać ich na wszystko i jeszcze więcej, cieszą się karierą i dobrobytem. Przestrzeń, w której żyją zdaje się być uproszczona i wymalowana grubą krechą szczerzącej się fantazji.

Nie przeczę, że świat bohaterów można odczytać w wielu aspektach jako nieskomplikowany. Tej prostocie ekonomiczno-społecznej towarzyszy jednak toczący się równolegle koszmar jednego, małego życia, życia Jude’a. Kiedy zmieszać horror z wyidealizowaną finansową bajką, myślę, że proporcję rozłożą się w ten sposób, że otrzymany roztwór będzie w proporcjach bliski rzeczywistości.

Czytając tę książkę, możesz pomyśleć: no jasne, czyja kariera tak wygląda! Z drugiej strony, może ci towarzyszyć myśl: no nie, tyle podłości na pewno nigdy nie spotkało jednej osoby. Podwójna przesada? A zatem historia Jude’a jest wypadkową obu tych biegunów, dając posmak rzeczywistości. Chcąc nie chcąc, jednak gorzki.

Mało życia

Kiedy myślę o tytule powieści – „Małe życie”, od razu pochylam się też nad oryginałem: „A Little Life” – wysnuwając taką myśl: angielski tytuł sugeruje więcej. Sugeruje nie tylko kruchość pojedynczego życia, to przekonanie, które w chwilach zwątpienia żywimy, że oto życie, nasze życie, tak mało znaczy w obliczu historii, świata czy po prostu innych. To przekonanie, które z pewnością podzielał Jude, że oto jego życie jest nieistotne, jest przeszkodą do ominięcia przez innych, jest do przeoczenia, jest małe.

Angielski tytuł sugeruje też coś innego – że życia, choć jest ono, każde bez wyjątku, ważne, nie mamy dużo. Mamy mało życia na zmianę obranego kursu, opowiedzenia swojej historii, zrozumienia kogoś. Jak mało jest życia, tego nigdy nie wiemy.

Nadzieja jednak w tym, że choć jest go mało, to jednak wystarczająco dużo. Ważne jednak, by zastąpić życie, które snujemy w naszych snach i głowach, życiem w danym nam czasie i miejscu.

Dwie lekcje

Książka ma ponad 800 stron, więc niesie ze sobą więcej niż dwie lekcje. Ale ja w tym miejscu napiszę tylko o tych dwóch. Reszta należy do was, czytelników.

Pierwsza nauka spoczywa w mocy opowieści. Życie jest opowieścią i każdy ma prawo opowiedzieć swoje życie swoimi słowami (=czynami). Historia Jude’a pokazuje coś jeszcze, a mianowicie to, że nie można opowiedzieć sibie na nowo. Nie da się zapomnieć tego, kim było się wcześniej. Każdy moment jest kontynuacją naszej historii, konsekwencją przeszłości.

Nie ma w tym jednak nic tragicznego. Jest w tym raczej zachęta do akceptacji swojej przeszłości, która jest częścią nas i nie podlega zanegowaniu, odrzuceniu. Choćby była trudna, traumatyczna, wściekle wrzeszcząca … – miała miejsce i od niej nie uciekniemy. Może nas zmiażdżyć pod swoim ciężarem, to prawda. Ale piękno patrzenia na życie jak na opowieść polega na tym, że możemy do mroku przeszłości dopisać dalszą część naszej historii. Aż do (czasem) szczęśliwego zakończenia.

Z życiem jest zatem jak z opowieścią, ale też jak z jazdą na rowerze. Mamy dwa koła – jednego nie widzimy, bo jest za nami, skupiamy się na drugim, które prze w nieznane. Nie oglądamy się za często, ale przeszłość jest i należy do naszej podróży, a my nie odwidzimy po prostu tego, co zostawiamy za sobą, a co zostawia także niezatarty ślad dla innych. Czując ból w mięśniach, szanujemy przebytą drogę, mając świadomość, że każdy kolejny zakręt jest sumą wielu czynników, ale przecież także naszego wyboru. Przednie i tylne koło stanowią całość. Przeszłość i przyszłość spotykają się ze sobą w tym samym, teraźniejszym momencie.

I to druga lekcja. Dotycząca teraźniejszości i budowania relacji z innymi. „Małe życie” ukazuje jak wiele nieporozumień rodzi się z braku komunikacji. Tak jak bohaterowie powieści bojąc się wielu rzeczy, a wśród nich prawdy, konfrontacji, siebie, innych… – wolimy zastępować szczerą rozmowę, nawet z najbliższymi nam ludźmi, naszymi wyobrażeniami o tym, co mogliby nam powiedzieć lub co mogliby poczuć. Pisząc scenariusze swojego życia w głowach, zapominamy żyć w chwili obecnej. Znając odpowiedzi przyjaciół rozpisane już w dialogach owych scenariuszy, nawet nie zadajemy pytań.

Don’t carry the world upon your shoulders

Historia Jude’a jest właśnie o tym – o tym jak można utknąć w niemożności własnej opowieści, w mroku, który powstał we wczesnych latach dzieciństwa i kładzie się cieniem na dorosłym życiu, paraliżując to życie, umniejszając je, sprawiając, że życie to karłowacieje tak bardzo, że mieści się tylko w wyobraźni, a nie wystarcza go już na realną obecność. Oto małe życie, które się jednak powiększy, jeśli dopuścić do trudów tej opowieści pełnych chęci słuchaczy – dlatego „Małe życie” to mimo wszystko historia o próbie i trudzie przyjaźni, która potrafi zdejmować ciężar świata z naszych ramion.

Jedna myśl na temat “Podróż z dzieciństwa ku dorosłości

Dodaj komentarz