Podróż pełna nienasyconej pasji

„Free Solo” (Jimmy Chin, Elizabeth Chai Vasarhelyi)

„Free Solo” Jimy’ego China to film, o którym doniesienia od wielu miesięcy regularnie pojawiały się w mediach, zwłaszcza społecznościowych. Najpierw w formie spektakularnych zapowiedzi, następnie zapierającymi dech w piersi kadrami, nominacjami do wielkich nagród, a w końcu oscarowym zwycięstwem w kategorii najlepszego długometrażowego filmu dokumentalnego.

„The Dawn Wall” (J. Lowell, P. Mortimer)

W ostatnim czasie „Free Solo” nie był jedynym „filmem wspinaczkowym”, który poruszył publikę. „The Dawn Wall” (2017) opowiadający historię życia Tommy’ego Caldwella oraz jego sukcesu wejścia na tytułową ścianę góry El Capitan w kalifornijskim parku Yosemite w Stanach Zjednoczonych to równie dobre, zapierające dech w piersiach kino dokumentalne. Opowieść, której bohaterem jest Honnold („Free Solo”), odbiła się jednak znacznie szerszym echem i wspinaczka nagle znalazła fanów na całym świecie.

Osobista podróż

Dla mnie „Free Solo” to jednak więcej niż oscarowe objawienie z początku 2019 roku, czy nawet więcej niż bardzo dobry film o sporcie, który tak bardzo lubię. To osobista podróż. Pod górkę.

Kiedy wiele miesięcy temu zobaczyłam zdjęcia Alexa Honnolda wspinającego się free solo (a zatem bez lin, uprzęży, raków… bez jakichkolwiek zabezpieczeń, sic!) w jednym z dokumentów National Geographic, pomyślałam: o rany, też tak chcę! Jasne, nie na wysokości dwóch kilometrów, nie jestem zwariowana w równym co on stopniu, i może nie bez asekuracji… ale wspinaczki po prostu musiałam zasmakować. Kiedy okazało się, że w Poznaniu można ją uprawiać boulderingowo – w zamkniętej hali, na ścianie kilkumetrowej, ale za to bez żadnych lin – nie było dla mnie wyjścia. Tak zaczęło się moje półtora roku ze sportem, który na zawsze odcisnął się w moim sercu.

To dlatego „Free Solo” jest dla mnie swego rodzaju klamrą, zwieńczeniem wspinaczkowego rozdziału w moim życiu. Dziś, ze względu na kontuzję (przez którą notabene nie mogłam udać się na jeden z pierwszych pokazów filmu w Polsce) nie wiem, czy limit moich wspinaczkowych prób się nie wyczerpał. A zatem dla mnie – zaczęło się od Honnolda, a teraz tego samego Honnolda mogłam podziwiać na dużym ekranie ze łzami w oczach – dosłownie – z pytaniem cisnącym się na ustach: czy moja przygoda na Honnoldzie przypadkiem się nie kończy?

Siedząc w ciemnej sali kinowej ze skręconą kostką, z kulami rzuconymi pod fotel, oczami wlepionymi w ekran, śledziłam, jak on, również ze skręconą kostką, nadaje nowe znaczenie ekstremalnej wspinaczce. 

Film w żadnej mierze nie jest sentymentalny, nic z tych rzeczy. Kończy się dobrze – żaden to spoiler dla tego, kto widział zdjęcie wspinacza dzierżącego statuetkę Oscara.

Alex w pięć godzin i pięćdziesiąt sześć minut

pokonuje 2400 metrów El Capitan w Yosemite stylem free solo.

Wiedziałam, że tam wejdzie, wiedziałam, że film jest historią tego niesamowitego osiągniecia. Ale uwaga. Ręce miałam spocone. Serce waliło mi potężnie. Patrzyłam na kruchą człowieczą istotkę w czerwonej koszulce i butach wspinaczkowych, zaopatrzoną w mały worek z magnezją zawiązany wokół pasa, która pnie się po przerażających rzeźbieniach, śliskich i ostrych jak szkło taflach skały, wszczepia się we wżłobienia, chwyta za krawądki, wpycha w rysy, zawisa w powietrzu, wykonuje wykopy, przeskakuje, ufa sile tarcia, koncentruje się, wisi nad urwiskiem, w końcu dociera na szczyt po wielu latach marzenia o tej chwili. Czysta sportowa poezja.

Skalny Judym

Opowieść o przygodzie amerykańskiego wspinacza nie jest tylko poetycką impresją na temat nieprawdopodobnego wysiłku. Szczególnie pociągający był w moim odczuciu ten wymiar narracji, który dotyczył relacji Honnolda z jego partnerką, Sanni McCandless. W kadrach rejestrowanych przez obiektyw kamery udaje się uchwycić judymowy dramat ich relacji. Postać Żeromskiego przywołuję jedynie na pół serio, ale nie ukrywam, że gdy raz moja myśl powędrowała ku społecznikowi z „Ludzi bezdomnych”, nie mogła już oderwać się od tego porównania.

Oto bowiem Honnold, który niedawno założył fundację wspierającą rozwój energii solarnej na rzecz budowy bardziej sprawiedliwego świata (Judym, sic!), rozprawia przed czujnym okiem kamery o swojej miłości do wspinaczki, z którą żadna miłość ludzka nie ma szans konkurować. Jeśli zatem Sanni chce związku, musi pogodzić się z tym, że jej wybranek nie zrezygnuje z życia na (bardzo dosłownej) krawędzi dla niej i dla ich uczucia.

„Free Solo” okazuje się w wypadku Alexa pasją i sposobem na życie: wolne, niezależne (free) i nieprzywiązane do niczego i nikogo (solo). Z perspektywy widza pozostaje jedynie ten wybór uszanować, tak jak zrobiła to Sanni. I podziwiać żarłoczną pasję, która stawia na drodze Honnolda coraz to nowe i oszałamiające wyzwania. Bo to właśnie ten rodzaj pasji mamy przed oczami w filmie China: nigdy niedający się okiełznać i nasycić, znajdujący się o włos od szaleństwa, podziwiany, ale budzący dreszcz przerażenia, inspirujący do działania, ale też stanowiący ostrzeżenie: uwaga na rozdartą sosnę na urwisku…

Dodaj komentarz