Nie#ulotna pamięć kanarka

Edward Snowden: „Pamięć nieulotna”

Kiedy kilka tygodni temu świat obiegła informacja o dwóch zwycięzcach literackiej Nagrody Nobla, w Polsce medialny przepływ i ogólnonarodowy napływ emocji związanych z uniesieniem pod hasłem „Tokarczuk wygrała”, przykrył kontrowersje związane z wyborem drugiego laureata, Petera Handkego. Tymczasem w zachodnich mediach uhonorowanie Austriaka prestiżową nagrodą stało się przyczyną burzliwej dyskusji. Głos zabrał w niej m.in. Slavoj Žižek, wytykając współczesnej Szwecji „fałszywą kanonizację literatury” poprzez dowartościowanie apologety zbrodni wojennych. Ma się to odbywać w tym samym niemal okresie, gdy państwo to bierze czynny udział w zamachu na „prawdziwego bohatera naszych czasów”, Juliana Assange’a.

„Naszą reakcją powinno być: nie literacka Nagroda Nobla dla Handkego, ale pokojowa Nagroda Nobla dla Assange’a”

– nawoływał słoweński filozof.

Bynajmniej nie o literaturę, konkretne nazwiska czy też zasadność decyzji kapituły noblowskiej tu idzie. Raczej o pewien symptom kondycji współczesnego Zachodu, który by funkcjonować nadal w demokratycznych ramach wyznaczanych przez liberalne społeczeństwa, potrzebuje umocnić jeden ze swoich filarów: przestrzeń publiczną kształtowaną przez otwartą i wolną debatę, czyli wspólne negocjowanie znaczeń. Zdaje się bowiem, że kondycja to nie najlepsza, gdy w biurokratycznych oczach władzy demokracja okazuje się „niewarta zachodu”.

Jeżeli przyjąć ujmującą w swej prostocie definicję demokracji jako rządów ludu, to należy stwierdzić, że aby ów lud mógł rządzić, a zatem podejmować wspólnie wypracowane decyzje, konieczna jest debata. A ta możliwa jest wówczas, gdy jednostki wyposażone są w wiedzę, na którą składają się informacje. Co jednak wówczas, gdy uprawniony do sprawowania rządów (poprzez wybór swoich reprezentantów piastujących urzędy) ogół ludzi nie zostaje wyposażony w informacje? Demokratyczna budowla zaczyna trzeszczeć u swych posad. Oto bowiem fundament – kompetentna (poinformowana) i odpowiedzialna jednostka komunikująca się z drugą taką jednostką – nie domaga.

Bohater naszych czasów gwiżdże

W tym miejscu pojawia się właśnie „bohater naszych czasów” (jak emocjonalnie sprawę ujmuje Žižek): whistleblower. Termin ten z powodzeniem funkcjonujący w polskich mediach w swojej angielskiej postaci, oznacza sygnalistę. Tego, kto przynosi informację, by debata mogła być wolna i otwarta, ale przede wszystkim, by w ogóle mogła zaistnieć. Najczęściej dostarczane wiadomości dotyczą poczynań tych, którzy demokratycznie wybrani, dokonują decyzji na szkodę obywateli, czyniąc to za zamkniętymi drzwiami. Sygnalista to zatem ten, komu uda się zerknąć przez uchylone drzwi lub podsłuchać, co zza nich się dobywa, a następnie opowiedzieć o tym zainteresowanym.

Tych ostatnich, zdawałoby się, powinno być najwięcej. Mówimy przecież o „rządach ludu”. Zbyt często okazuje się jednak, że informacje początkowo wzbudzające szok i niedowierzanie, z czasem zostają wplecione w społeczną codzienność i tylko z rzadka zmieniają obrany kurs władzy, czyli stanowione prawa. Z pewnością odmieniają jednak życie samych sygnalistów. Choć motywacje tych ostatnich, sposoby ujawniania informacji, ale też treść wiadomości przekazywanych opinii publicznej oraz ich konsekwencje społeczne i prawne, nierzadko same wzbudzają kontrowersje.

Po latach przebywania w ekwadorskiej ambasadzie w Londynie wspomniany już założyciel WikiLeaks, Julian Assange, zostaje na skutek wydanego przez Szwecję międzynarodowego nakazu aresztowania w związku z oskarżeniem o molestowanie seksualne, postawiony przed sądem Wielkiej Brytanii. Bradley Manning za ujawnienie tajnych informacji m.in. o działaniach wojennych prowadzonych przez rząd USA w Iraku i Afganistanie zostaje skazany na trzydzieści pięć lat więzienia. W 2017 roku już jako Chelsea Manning wychodzi na wolność w wyniku decyzji Baracka Obamy o ułaskawieniu. Brittany Kaiser, ekspertka zatrudniona w owianej złą sławą firmie Cambridge Analytica biorącej udział w domniemanych manipulacjach przy wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych w 2016 roku głosi obecnie swoje przywiązanie do prawdy na łamach największych opiniotwórczych magazynów i staje się jedną z głównych bohaterek netfliksowego hitu „Hakowanie świata”.

A w końcu chyba najbardziej rozpoznawalny sygnalista, którego wizerunek funkcjonuje niemal jak symbol oporu wobec totalnej inwigilacji obywateli świata, Edward Snowden. Ujawnił sposoby działania instytucji rządowych (takich jak NSA) na rzecz cyfrowego nadzoru obywateli za pomocą monitorowania ich danych oraz ich przechowywania na specjalnych serwerach w postaci pamięci nieulotnej – wiecznej, nie dającej się wymazać pamięci o każdym naszym ruchu: wykonanym połączeniu telefonicznym, napisanym mailu, wysłanym SMS-ie.

Pamięć Snowdena

Dziś, po sześciu latach przymusowej pauzy na moskiewskiej ziemi w drodze z Hongkongu do Ekwadoru, który miał mu zapewnić azyl, jako sygnalista, ale i współzałożyciel Freedom of the Press Foundation, powraca w przestrzeń debaty społecznej za sprawą swojej autobiografii zatytułowanej „Pamięć nieulotna”. Książki będącej przede wszystkim szczegółowym rejestrem wydarzeń i motywacji, które doprowadziły go do decyzji o ujawnieniu rządowych programów inwigilacyjnych takich jak PRISM, czyniąc go „amerykańskim Judymem” poświęcającym dobrostan swój i swoich bliskich w imię ogółu. I nie ma w tym z mojej strony kpiny, gdyż właśnie tak swoją decyzję widzi on sam. Pisze o swoim sumieniu, że

„szarpało się między lojalnością wobec świata, który sobie na to nie zasłużył, a wobec zasługującej na to kobiety i rodziny, którą kochał”.

Historia zapisana w „Pamięci nieulotnej” przypomina swoją konstrukcją chętnie budowane ostatnimi czasy w Polsce dworce kolejowe. Spójrzmy na ten poznański: mała hala wtopiona w gmach centrum handlowego. Możliwość zakupu biletu czeka na tego, kto z sukcesem przedarł się przez galeryjne korytarze, ruchome schody, a może nawet i kilka sklepów po drodze. Tak samo w opowieści Snowdena musimy najpierw zatopić się w historię jego rodziny (od momentu przybycia jego przodków z Europy na nowy kontynent) i historię jego (niezbyt) skromnej postaci (od pierwszych świadomych lub półświadomych lat życia), by w końcu około strony 250 (na ponad 400 zapisanych) dotrzeć do informacji, które uczyniły go symbolem współczesnego oporu wobec masowej inwigilacji. Dryfowanie po sklepach w drodze po bilet może być rzecz jasna przyjemne, ale aż nazbyt często kończy się konsternacją po niewczasie: czy jest mi to niezbędne?

Czy jest mi zatem niezbędna wiedza o dzieciństwie Snowdena, jego ulubionych grach komputerowych, sposobach spędzania wolnego czasu i nielubianych przedmiotach w szkole? Niekoniecznie, choć on sam próbuje przekonać, że jednak tak. Czyni to, konsekwentnie budując słowami swój pomnik. Legenda o Edwardzie przypominać ma fabułę starej gry o nazwie „Loom”. Społeczność Tkaczy tworzy krosno umożliwiające kontrolę nad rzeczywistością utkaną z różnorakich nici.  Chłopiec, który odkrywa tajemnice funkcjonowania tego narzędzia, zostaje skazany na banicję, podczas gdy świat zaczyna pogrążać się w chaosie. Snowden sam podsuwa trop gry „Loom”. Wystarczy by nadać magicznemu chłopcu imię i wyobrazić sobie jego twarz: szczupłą, pociągłą, patrzącą na czytelnika zza prostokątnych okularów. Podobnych zabiegów w treści książki jest zresztą całe mnóstwo: od nawiązań do legend o królu Arturze, przez mity greckie po fakty dotyczące bohaterskich czynów pra-członków jego rodziny. Oto pomnik amerykańskiego bohatera w walce o prywatność utożsamianą z wolnością współobywateli.

Dla wszystkich, którzy szukają odpowiedzi na krążące po wypracowaniach szkolnych i wywiadach telewizyjnych pytanie:

Snowden: zdrajca czy bohater?

– książka z pewnością przyniesie odpowiedź z bogatym uzasadnieniem. Dla tych natomiast, którzy liczą na rozbudowaną narrację o działaniu wspominanych programów rządowej inwigilacji czy budowaniu sieci zależności pomiędzy administracjami państwowymi a prywatnymi korporacjami z branży nowych technologii, kapitalizmie inwigilacyjnym (tym sformułowaniem posługuje się sam Snowden) czy niedostatkach w stanowieniu prawa w obliczu szybkiego rozwoju nowych technologii – odpowiedzi w tej książce jest znacznie mniej. Choć te tematy pojawiają się w opowieści Snowdena, zajmują co najwyżej jedną trzecią objętości książki.  

W związku z tym reklama „Pamięci nieulotnej” przez Wydawnictwo Insignis, która głosi:

„rząd USA nie chce, żebyś przeczytał tę książkę”

– jak to z reklamami bywa: kusi i składa obietnice dostępu do amerykańskiej komnaty tajemnic. Obietnice bez pokrycia. Należałoby jednak dodać, że nie tyle rząd Stanów Zjednoczonych nie chce na rynku wydawniczym książki Snowdena (w tej sprawie żadnego procesu sądowego wymierzonego w i tak od dawna ściganego zbiega i domniemanego szpiega nie wszczęto), co domaga się przejęcia pieniędzy uzyskanych z jej sprzedaży. Trzeba przyznać: i butne to, i sprytne.

Gdyby bowiem się udało, rząd zarobiłby krocie na opowieści o początkach Internetu, który, jak twierdzi Snowden, stanowił w latach dziewięćdziesiątych Dziki Zachód. Przestrzeń ta umożliwiała anonimowość i rozbuchaną kreatywność stopniowo (niestety) ograniczaną zakusami władzy do podglądania i rejestrowania życia wszystkich obywateli globalnej społeczności. W ostatnich dwóch dekadach stała się zaś żyzną cyfrową glebą umożliwiającą zbijanie fortun przez prywatne przedsiębiorstwa za sprawą transformacji jednostek z podmiotów w przedmioty danych gotowych na sprzedaż. Zarobiłby zatem na historii o zdemaskowaniu własnych niecnych pobudek. Genialne w swej prostocie i poświadczające o pełnym wchłonięciu społecznego oburzenia przez system.

Ja+ty

Można spierać się o walory literackie „Pamięci nieulotnej”, o jej konstrukcje przypominającą gawędę pełną bon motów i nierzadko metaforycznie upstrzonych uproszczeń. W gruncie rzeczy snutą jednak przez amerykańskiego patriotę wychwalającego historię Stanów Zjednoczonych. Apologetę demokratycznych ideałów z przeszłości USA, która stanowić ma paralelę do historii rozwoju Internetu. Można, ale odwróci to uwagę od tego, od czego niniejszy tekst się rozpoczyna: roli sygnalisty. Jest nią przekazanie informacji składającej się na wiedzę, będącą nieodłącznym elementem edukacji, która umożliwia poprowadzenie debaty, a zatem sprawowanie rządów przez ludzi.

Możliwym jest znalezienie osób chętnych bić na alarm i ryzykować wiele w imię sygnalizowania niebezpieczeństwa. Niepokój w nas może oczywiście budzić zarówno kara za demaskowanie informacji, co zbytnia opieszałość tych, do których przekaz jednak dociera. To ci wspomniani powyżej „zainteresowani” informacją i ich liczba, a także skala postępującej z czasem„normalizacji” doniesień sygnalistów i ich traktowania przez władzę, napawać powinna lękiem.

W 2006 roku magazyn „Time” ogłosił człowiekiem roku każdego z nas. Okładka czasopisma głosiła, że to właśnie „ty” zwyciężyłeś. Był to swego rodzaju wyraz zachwytu nad tym, co zostało nazwane Web 2.0, siecią uczestnictwa, triumfem kreatywnej twórczości jednostki, która bierze udział w rewolucji, „cyfrowej demokracji”. Niedługo później kandydatem do Pokojowej Nagrody Nobla został Internet.

Siła informacji

Pozostaje zapytać, jak ta wiara sprzed ponad dekady w realizację ideału demokracji za pomocą nowych technologii ma się do rzeczywistości, w której właśnie teraz uczestniczymy? Z jednej strony głośne skandale. Jedną z ich twarzy jest Mark Zuckerberg przesłuchiwany przez amerykański Kongres w sprawie możliwych manipulacji wyborami prezydenckimi za pośrednictwem Facebooka. Kolejną, wyszarpany z ekwadorskiej ambasady przez policjantów Julian Assange. Z drugiej strony, rozwiązania w kwestiach związanych z prawem jednostki do zachowania prywatności w Sieci: europejskie regulacje znane w Polsce jako RODO czy dyrektywa Unii Europejskiej wprowadzająca nowy kształt ochrony praw autorskich czy tzw. podatek od linków (etykietowana przez przeciwników mianem „ACTA 2”). Co mają ze sobą wspólnego? Wszystkie dotyczą roli informacji, dostępu do niej i jej obiegu w demokratycznych społeczeństwach Zachodu, a także skali braku zainteresowania nimi wśród szerszego grona obywateli, na których odpowiedzialność za demokrację spoczywa.

Sygnalista może przywodzić na myśl kanarka wykorzystywanego niegdyś w kopalniach do wczesnego wykrywania zagrożenia związanego z wydobywaniem trujących górników gazów. Odbicie dramatyzmu tego przedstawienia odnaleźć można w słowach Žižka. Jest jednak coś pocieszającego w lekcji, którą wyciągnąć można z zachwytu ludzi sprzed ponad dziesięciu lat – że oto każdy z nas (jak w rankingu magazynu „Time”) oraz my wszyscy (jak w wypadku Internetu nominowanego do nagrody), nosimy na sobie odpowiedzialność bycia częścią fundamentu demokratycznej budowli. Być może brzmi to dość pompatycznie jak na kończący się za chwilę rok 2019. Takie jednak pomyślenie bohatera zbiorowego naszych czasów niesie pewną dozę otuchy na przyszłość. W niej bowiem, dziś już to wiemy, władzę będzie sprawować informacja.

Dodaj komentarz