Marchew w gębie dorsza, czyli Norwegii nie podrobisz

W najmniej obiektywnym rankingu podróżniczych wyjątkowości – moim prywatnym – Norwegia zajmuje miejsce na samym szczycie.

Przemierzając setki norweskich kilometrów nie napotkałam ani jednej napierającej z pełnym smartfonowym uzbrojeniem hordy turystów. W tym miejscu wypada nadmienić, że (jak widać na zamieszczonych zdjęciach) również nie byłam uzbrojona w odpowiednio profesjonalny sprzęt technologiczny – jakość zdjęć jaka jest, każdy widzi).

Podziwiając niezliczone odmiany zieleni, sunąc przez fiordy, ocierając się o skrawki miast, śpiąc pod nocnym białym niebem na odludziu, stąpając po łąkach i śniegach, wpatrując się w zaspy podczas popijania upragnionej od wielu godzin kawy, odpoczywając od deszczu przy gorącym kakao, rozkoszując się słońcem na miejskim skwerze, słuchając odgłosów bicia młota Thora ponad chmurami i wijącą się Drogą Trolli, wstrzymując oddech i pędząc przez Drogę Atlantycką w towarzystwie innych motocyklistów… uwierzcie mi na słowo: ani razu nie przygniótł mnie ciężar turystyki.

Miałam szczęście widzieć w swoim życiu architektoniczne cuda takie jak rzymska Fontanna di Trevi, malarskie – jak w wypadku kolekcji londyńskiego Tate Modern, spacerować po najpiękniejszych średniowiecznych uliczkach „Wenecji Północy”, czyli Brugii (choć podobno to Wenecja jest „Brugią Południa” – ups), pływać w przyjemnie ciepłych wodach Morza Śródziemnego na Lazurowym Wybrzeżu, obserwować milionową fetę sztucznych fajerwerków o północy rozpoczynającej Nowy Rok nad monakijskim portem, czy pływać w cudownie tajemniczych meksykańskich cenotach. Wszystkie te (i wiele innych, ale nie miejsce na to) wydarzenia otaczam szczególną troską swojej pamięci i zachowuję w sercu, strzegąc jak skarb. Wycieczka do Norwegii to jednak nadal moja ulubiona podróż. Spieszę czym prędzej z silną, emocjonalną i maksymalnie subiektywną argumentacją.

W srogie połacie Północy

Podróż „na Północ” była dla mnie fizycznym wyzwaniem. Wysiadłam z samolotu w Trondheim, dołączając do przyjaciela, który z Polski, przez Finlandię, Szwecją, i północną Norwegię zmierzał już na południe, by odebrać mnie z umówionego miejsca spotkania: lotniska. Odtąd poruszaliśmy się wspólnie motocyklem.

*Trasa*

Przez Trondheim, norweskie zachodnie fiordy, Atlanterhavsvegen czyli Drogę Atlantycką nad zatoką Hustadvika (drogą uznaną przez brytyjskiego Guardiana za najpiękniejszą trasę samochodową na świecie), Trollstigen, czyli wspomnianą Drogę Trolli, na którą składa się jedenaście łamiących serce pod kątem 180 stopni serpentyn, przy których widnieje, unikatowy na skalę świata, znak „Uwaga Trolle”; następnie przez miasto Bergen, przedmieścia Oslo, by sunąć szosą dalej, do Szwecji usianej „burger kingami”, i jej stolicy, Sztokholmu, następnie do Malmö, mostem (o długości 7845 metrów, sic!) nad cieśniną Sund (znanego przez wielu za sprawą duńsko-szwedzkiego serialu kryminalnego o takim właśnie niepokojącym tytule: „Most nad Sundem”) do rowerowej Kopenhagi, a stamtąd promem do portu w Niemczech, by znanymi w całej Europie darmowymi autostradami dostać się do mojego przygranicznego miasteczka w Polsce.

Nie lada było to wyzwanie i kosztowało sporo sił oraz ostrzenia hartu ducha, gdy zbyt proste i pożądane okazywało się przysypianie na rozpędzonej maszynie. Dodatkowo, pomimo lipcowej aury, która w Polsce zwykle jednak oznacza promienie słoneczne przyjemnie sączące się na twarze, w Norwegii słońca nie było w nadmiarze. Wspomniany deszcz, a nawet śnieg, towarzyszyły nam na kilku odcinkach trasy. Gdy pogoda nie sprzyja, a każdy pokonany kilometr daje się odczuć na skórze, w mięśniach, a nawet kościach, największą przyjemnością potrafi być kilkudziesięciominutowy odpoczynek z gorącym kakao. Za to tak bardzo cenię podróże na dwóch kołach – za odkrywanie przede mną radości w tak prostych, pomijanych na co dzień oczywistościach jak rozprostowanie nóg i łyk kawy, kanapka rozszerzająca przyrośnięty już do kręgosłupa żołądek, czy zaciągnięcie się tytoniowym haustem (ech, piękne, minione czasy palenia).

W spartańskich objęciach

Jednocześnie, ze spraw bardziej przyziemnych, czuję obowiązek wypunktowania faktu, że była to jedna z najtańszych moich podróży. Mimo, że północne miejscowości nie słyną ze swej taniości – i to potwierdzam z całą mocą! – to jednak udało nam się wydać bardzo małą kwotę.

Z zamierzenia spartańskie warunki przewidywały: 1) noclegi pod namiotem przy trasie, którą wspólnie pokonywaliśmy. Pierwsza lepsza łąka stawała przed nami otworem niczym pięciogwiazdkowy hotel z zapierającym dech widokiem, który za sprawą białych nocy można było bez przeszkód podziwiać dwadzieścia cztery godziny na dobę (nieco to kłopotliwe, gdy chce się zasnąć po całym dniu dryfowania na dwóch kołach). 2) Prowiant nieprzygotowany przez restauracje, ale za to suchy, pożywny i przepyszny. Przez cały norweski etap naszej podróży byliśmy tylko raz w restauracji, ekhm, pizzerii, gdzie zjadłam najdroższą i nienajlepszą w moim życiu pizzę (co jednak zrekompensował widok urokliwego centrum Bergen za oknami). 3) Brak przymusu w zakupie jakichkolwiek pamiątek (ok, jedna pamiątka, najtańsza w sklepie: 25zł wydane na breloczek z małymi wikingami, ale to by było na tyle. Blaszani wikingowie wprawdzie odpadli już od metalowego kółeczka, ale przez wiele miesięcy przypominali mi o skandynawskiej mitologii. Nie żałuję ani centa!)

Najważniejszy w tej opowieści jest jednak zachwyt. Nad skandynawską przyrodą.

Wiwat zieleń Norwegii! Wiwat kilometry kwadratowe tysiąca odmian zieleni! Wiwat morze zieleni bez odcisku człowieczej stopy!

Chyba właśnie za to najbardziej cenię sobie norweskie krajobrazy: za przestrzeń, możliwość wzięcia głębokiego oddechu, kojącego wytchnienia bez konieczności odczuwania obcego głębokiego oddechu i wytchnienia na moim karku.

I nie chcę powiedzieć, że urzekła mnie pustka. Przeciwnie, Norwegia wydała mi się przebogata (nie dosłownie bogata, choć to oczywiście też dało się dostrzec po cenach produktów na stacjach benzynowych czy w marketach). Zasobna w przestrzeń, ciszę, świeże powietrze, malownicze cuda rozpościerające się na horyzoncie. A to wszystko dla garstki. Tu i ówdzie domek drewniany maźnięty precyzyjnie czerwoną farbą. I moje oczy karmiące się tym pięknem.

Taką Norwegię przechowuję w swojej pamięci: zieloną, przestrzenną, bezludną, dziką i wolną.

Podobno Norwegowie mają takie przysłowie: żebyś dorszowi włożył marchew do gęby, a pomidora pod ogon, nie stanie się łososiem. Tak samo rzecz ma się z ich krajem. Choćbyś chciał bardzo, nie uda ci się go podrobić.

Dodaj komentarz