Maestro rury

… czyli Marcin Słowiński tańczy

Zbiorowy wysiłek polskiej Wikipedii definiuje taniec na rurze jako rodzaj akrobatyki. W siedmiu zdaniach, które stanowią całość artykułu o pole dance, występuje trzykrotne zanegowanie związków tańca na rurze z erotyką. No to jak to jest z tą rurą? Najlepiej o to zapytać eksperta.

„I just don’t know what to do with myself” – pole dance!

Kiedy spotykam się z Marcinem w studiu tańca na turze, w którym pracuje, mam już w głowie obrazy związane z tym sportem i wiem, że osoba, z którą zamierzam przeprowadzić wywiad, jest mistrzem Polski w tej dyscyplinie. Spodziewam się ciekawej dyskusji, ale także doświadczenia wizualnej strony tańca pierwszy raz w moim życiu na żywo. Nie zawodzę się, bo studio tańca Diva opuszczam zafascynowana tym sportem, jego historią oraz sprawnością fizyczną, siłą i wytrzymałością tancerzy.

Na obrazy, które mam w głowie składają się stopklatki z filmów obejrzanych w Internecie. Jasne, jest wśród nich Kate Moss z teledysku White Stripes’ów, ale także występy profesjonalistów z konkursów tańca na rurze. Jednak przyjrzenie się z bliska pracy mistrza Polski, usłyszenie odgłosów uderzających o podłogę piętnastocentymetrowych platform butów i próba zrobienia jednego czy dwóch prostych wydawałoby się (sic!) ruchów na rurce, to zupełnie inna sprawa!

Marcin rozpoczął swoje zmagania z rurą zaledwie dwa lata temu. Nie ciężko wydać dźwięk zdziwienia na tę wieść – w dwa  lata do mistrza świata (ok, Polski, ale rym by się nie zgadzał) to tempo godne podziwu. Oczywiście, jak to bywa, zaczęło się od przypadku i rozmowy z koleżanką, która poleciła Marcinowi fajne studio i fajny sport. Nieco ponad pół roku później Marcin już prowadził pierwsze zajęcia jako pełnoprawny instruktor. Talent? Może i talent, trochę talentu zawsze jest obecne w mistrzowskiej mieszance do spożycia, ale jak sam mówi: przede wszystkim ciężka praca. Dużo ciężkiej pracy. Dużo i jeszcze więcej.

Taniec w definicyjnej luce

Rura jest wymagająca. Zmusza do dużej wytrzymałości i siły, rozciągnięcia i ułożenia choreografii. Inne układy tańczy się na rurze statycznej, inne na dynamicznej (czyli takiej, która kręci się wokół własnej osi). Jako sport znajduje się w pół drogi pomiędzy tańcem a akrobatyką, Sam Marcin stwierdza, że w wypadku tańca na rurze można mówić o luce definicyjnej. Niby to sport powietrzny (aerial sport), niby to taniec, ale tak naprawdę to zupełnie nowa jakość w sporcie.

Marcin nie był wcześniej profesjonalnym tancerzem, ani nie jest wykształcony w strukturach jakiejkolwiek akademii fizycznej. To tańczący pasjonat z dyplomem kulturoznawcy, który na co dzień (oprócz realizowania się w tej unikatowej dyscyplinie sportowej), zajmuje się pisaniem rozprawy doktorskiej, która dotyczy wielokulturowości w tzw. pasie przesiedleńczym Polski.

Rura a kultura

Wrestling pole i figura serpentinata

Zaplecze teoretyczne, którym dysponuje, fantastycznie łączy się z jego pasją sportowca. Kiedy zatem rozprawia o tańcu na rurze, jego opowieść wiedzie mnie do odległych krain i czasów. Mówi mi o źródłach dyscypliny, którą uprawia. A te sięgają do tradycyjnego indyjskiego sportu o nazwie mallakhamb. Pierwszych wspomnień o nim doszukać można się w dwunastowiecznych podaniach. Mallkhamb (czyli dosłownie wrestlingowa rura – wrestling pole) to połączenie powietrznej jogi i wrestlingu z udziałem drewnianego pala (lub liny). Gorąco polecam sięgnąć jeśli nie do historii tego sportu, to chociaż do jego wizualnej strony, która zachwyca nie tylko jako coś niepokojąco odmiennego od europejskich dyscyplin, ale także jako kwintesencja ludzkiej siły i sprawności.

Marcin stwierdza także, że pojawienie się rury (jako przedmiotu) w barach ze striptizem znacząco zaszkodziło wizerunkowi tańca na rurze jako dyscyplinie sportowej. Owszem, taniec (także ten na rurze) może być zmysłowy, zwykle jest zmysłowy, ale jako sport daleki jest od erotyki. Bo rura nie jest erotyczna u swych źródeł. Unaocznia tę tezę, prezentując różne sposoby tańca. We wspomnianych już Indiach mallkhamb był (i do dziś jest) popisem męskiej siły i sprawności, a u swych źródeł przygotowaniem do walki, treningiem. W Chinach obchodzenie się z rurą jest bardziej wspinaczką i spektakularną akrobatyką niż tańcem (i tak zresztą nazywa się jako wręcz osobna kategoria pole dance – chinese pole). Z kolei w krajach południowej Europy, między innymi w Hiszpanii, taniec na rurze przywodzi na myśl oswajanie kobry – wiąże się z taneczną ekspresją przejawiającą się we wszelkich „wijących się” niczym figura serpentinata figurach.

Kulturowe różnice pole dance fascynują Marcina nie tylko jako inspiracje własnych układów choreograficznych, ale także jako teoria warta głębszych studiów i opracowania, czym na razie hobbistycznie, się zajmuje.

Wyzwania i inspiracje 

Do własnych zmagań sportowych, do pracy i rozwoju nad swoimi umiejętnościami, Marcin podchodzi bardzo poważnie. Kiedy zdobył mistrzostwo Polski, zaproponowano mu udział w mistrzostwach Europy. Odmówił. W konkursie miało bowiem wziąć udział zaledwie dwóch panów. Jaki jest sens w byciu mistrzem Europy, kiedy ma się jednego konkurenta? Dla Marcina odpowiedź była prosta. Nie szuka łatwych rozwiązań.

Szuka natomiast nowych inspiracji, nowych ruchów, nowych brzmień. Obecnie zatem skupia się na doskonaleniu swoich (za)wirowań w tzw. exotic pole dance. Żeby jak najlepiej przedstawić mi sedno tego tańca, pokazuje swoje umiejętności, ale także swoje inspiracje – jest nią m.in. rosyjska tancerka i właścicielka studia tańca na rurze, Olga Koda, oraz jej choreografie: niezwykle dynamiczne i skomponowane często do utworów… rapowanych.

Marcin twierdzi, że taniec na rurze pozwala nie tylko doskonalić swoją sprawność fizyczną, ale także (a może należałoby napisać – przede wszystkim) pewność siebie. Tak też stało się w jego przypadku. Ale widzi to także po uczestnikach zajęć, które prowadzi. W trakcie tych spotkań zmieniają się nie tylko ich ciała, ale także nastawienie – w sali treningowej, ale i poza nią. Wyprostowana sylwetka, pewne, płynne ruchy i uśmiech na twarzy. Marcin na takie transformacje z przyjemnością na co dzień spogląda jako instruktor i jako kolega.

Pociąg do katorgi

Przychodząc na spotkanie z Marcinem, nie spodziewałam się jednego – że po zamknięciu drzwi do studia tańca, tak szybko będę chciała tam wrócić, by tym razem spróbować… swoich sił. A wierzcie mi, że naprawdę potrzeba ich wiele, by wykonać ruchy, które z pozycji widza zdają się być lekkie jak piórko, tymczasem wymagają katorżniczego, codziennego kieratu w pocie czoła. Szacun, panie Marcinie! 🙂

 

Zobacz także:

Dodaj komentarz