Lwów jest polski

Lwów nie jest Polski, bo do niej nie należy. Wciąż jednak jest polski. I choć brzmi to kontrowersyjnie (dla niektórych zapewne nawet skandalicznie), przesłanie kryjące się za tym stwierdzeniem jest zgoła nieszkodliwe: we Lwowie na każdym skwerku, za każdym rogiem, kryją się dzieje Polski i Polaków.

Lwie serce, lwie miasto

Lubię łacińską wersję jego nazwy – Leopolis – tak dobrze oddającą ideę stojącą za jego trzynastowiecznymi narodzinami: celebracja, hołd na cześć Lwa – syna króla Rusi, który Lwów założył. Lubię też jego historię, bo w niej ujawnia się męstwo i odwaga, zupełnie tak, jak przystało na bijące lwie serce tego miasta.

W tkance miejskiej odbijają się zawsze rany szarpane wielkich wojen, rewolucji, transformacji społecznych. Podobnie w dziejach Lwowa szukać można dochodzącego z przeszłości echa zmian. Odnaleźć tu można: cienie Rzeczpospolitej Obojga Narodów; austriackiego zaboru, pod jakim znalazła się Polska, a sam Lwów okazał się być wówczas galicyjską ostoją polskiej kultury; II Rzeczpospolitej, w której miasto obok Krakowa, Warszawy, Wilna czy Poznania, pełniło dumnie swoje polityczne, gospodarcze i edukacyjne funkcje; II wojny światowej, niemieckiej i sowieckiej okupacji, oraz kresu polskiej władzy na tych ziemiach; radzieckiego triumfu; a w końcu radości mieszkańców niepodległej Ukrainy.

Lwowa nie opuszczać za żadne pieniądze

Siła drzemiąca w tym potężnym miejskim lwie najpełniej objawia się, w moim odczuciu, w okresie dwudziestolecia międzywojennego. To wówczas prężnie działa szkoła lwowsko-warszawska na czele z takimi sławami filozofii i matematyki, jak Stefan Banach czy Alfred Tarski. Zwłaszcza ten pierwszy – do dziś tak mało w Polsce znany, hulaka i myśliciel, towarzyski i niestroniący od zabawy geniusz, którego osiągniecia niektórzy umieszczają w jednym szeregu w rewolucją przewrotu kopernikańskiego – związany jest tak bardzo z galicyjskim miastem, z którego za żadną cenę (dosłownie!) nie chciał wyjechać. To on wraz ze swoimi współpracownikami i studentami uczynił ze lwowskiej Kawiarni Szkockiej drugą salę wykładową, w której kwitła refleksja i najlepsza zabawa:

Dużo pili, palili i jedli. Lał się szampan i koniak, wypijano hektolitry kawypisze dziś Łukasz Radwan.

Atmosferę panującą w Kawiarni Szkockiej, pełnej zaangażowania, napięcia i współdziałania kolegów, da się z porównać tylko z klimatem pracy uczonych w Los Alamos w czasie drugiej wojny światowej – pisał z kolei Stanisław Ulam pracujący przy projekcie Manhattan (budowy bomby wodorowej).

Stukot, gwar i melodie teraźniejszości

Ten wpis nie jest jednak poświęcony zamierzchłej świetności Lwowa. Przeszłość jest fascynująca, to prawda. O przeszłości warto pamiętać. I to często właśnie jej śladów szukamy w rysach miejskich murów. Dajmy się jednak na chwilę ponieść wirowi teraźniejszości: wypełnionym po brzegi turystami i grajkami lwowskim rynkiem, małymi, gwarnymi uliczkami, brzękowi szkła w barach, dźwiękom muzyki i sztućców w restauracjach, szuraniom butów przemierzających miasto turystów… Lwów jest głośny, kolorowy, melodyjny i otwarty na świat. Słychać tu nuty wygrywane na bałałajce, wszędzie widać starsze panie w chustach na głowie, sprzedające warzywa, owoce i kwiaty, dostrzec można niemal lewitujących w długich czarnych szatach popów, ale przede wszystkim są tu obecni… turyści. Turyści, turystki, ich dzieci, turyściątka.

Potop turystyczny

Dobrze to i źle zarazem. Dobrze, bo turyści nie tylko szukają przeszłości, ale też muszą pić i jeść. A zatem kupują, wypełniają bary i restauracje, odwiedzają zaprojektowaną i wybudowaną w XIX wieku operę (Lwowski Narodowy Akademicki Teatr Opery i Baletu im. Salomei Kruszelnickiej). Jedzą, piją, karmią duszę sztuką. Wszystko za grosze. Bo oto Lwów, jak każdy z łatwością już się domyślił, do miast drogich nie należy.

Dlaczego zatem źle? Jak wiele miejsc z grupy tych popularnych wśród zwiedzających, Lwów trwa pod nawałem turystycznego potopu. Zewsząd docierają nawoływania uczestników wycieczek, o znalezienie cichego skrawka do przycupnięcia i kontemplacji ciężko, w lokalach gastronomicznych i wśród zabytków tłok, alkohol leje się strumieniami dniem i nocą, i nie ma co ukrywać, prym w tym turystycznym procederze wiodą dziś Polacy.

A zatem wracamy do punktu, w którym tę historię rozpoczęliśmy: Lwów jest polski. Zastanówmy się jednak – przyjmując jedną z perspektyw: wędrowca, lwowskiego sprzadawcy kwiatów, Polaka chcącego odwiedzić to piękne miasto…. – dobrze to czy źle?

2 myśli na temat “Lwów jest polski

Dodaj komentarz