Księżycowa hiperdpodróż

Martín Caparrós: „Księżyc – od nowiu do nowiu”

Pracownicy korporacji często są uczeni przez przełożonych, by używać tzw. języka pozytywnego. Nie mówią zatem „nie mogę tego dla pana/pani zrobić”, ale „jestem w stanie zrobić to i owo w ten a ten sposób”. Ponieważ niniejszy blog nie spoczywa w cieniu łagodnych, lecz stanowczych rządów twardej korporacyjnej ręki, nie boję się zwrotów języka negatywnego. Zacznę zatem od stwierdzenia, że zwyczajnie nie lubię tłumaczenia tytułu książki Caparrósa. W oryginale czytamy „Diario de hiperviaje” – czyli dosłownie dziennik z hiperpodróży. I to ma sens.

Argentyński pisarz i reportażysta ma dwadzieścia osiem dni – miesiąc księżycowy – na wykonanie szczególnego zadania. Musi „odwiedzić osiem czy dziesięć krajów i napisać o ludziach, którzy podróżują naprawdę”.

Książka jest z jednej strony archiwum historii osób, które Caparrós spotyka, z drugiej natomiast, zapisem jego rozważań towarzyszących temu niezwykłemu wyzwaniu, które podjął na zlecenie Funduszu Ludnościowego Organizacji Narodów Zjednoczonych. W tej narracji następuje zatem zdumiewające pęknięcie. Rwący nurt opowieści zamienia się szybko w dwa równolegle toczące się po wybojach potoki.

Razem z Caparrósem odwiedzamy Holandię, Liberię, Francję, Zambię, Hiszpanię, Mołdawię, Republikę Południowej Afryki… skaczemy z jednego miejsca w drugie, oddalone często o tysiące kilometrów – oto współczesna hiperpodróż, jak stwierdza autor książki.

Kiedyś podróże stanowiły przedsięwzięcie obmyślane przez człowieka przez dłuższy czas i przenoszące go w radykalnie odmienne miejsce, w którym panowały inne zwyczaje, skąd trudno było skontaktować się z domem, gdzie wchodziło się w relacje z ludnością lokalną. Teraz bardzo trudno jest wyjść poza hiperpodróż: przemieszczamy się po świecie, jakby to było kliknięcie myszką – klik, i załatwione. Szybko zmieniamy miejsce pobytu, by dotrzeć do innego, na ogół bardzo podobnego, w którym spędzimy od czterech do piętnastu dni, wysyłając przygotowane pocztówki albo kąpiąc się w tych samych wodach, albo odwiedzając krewnych czy kogoś bliskiego sercu, albo robiąc zakupy, albo – to przede wszystkim – pracując, robiąc interesy w jednakowych zawsze samolotach przenoszących nas do hoteli, które mają być zawsze takie same, i w których spotykamy podobnych ludzi usiłujących załatwić dokładnie to samo albo prawie to samo.

Słowo „hiper” oznacza z greckiego (hyper) „bycie ponad”. Można zatem powiedzieć, że księżycowy miesiąc Caparrósa to ponad-podróż. To wprawdzie fizyczne przesunięcia w przestrzeni liczone nie setkami, a tysiącami kilometrów, ale także refleksja nad doświadczeniem tego błyskawicznego przemieszczania – swoista meta-podróż (myślowa).

Dziennikarz spotyka na swojej drodze tych, którzy, jak stwierdza – „podróżują naprawdę”. Są to migranci, którzy opowiadają swoje historie wplecione w tło wojny, rewolucji, politycznych decyzji, przemocy, horroru, głodu, strachu, trwogi… Oni także przemierzyli często tysiące kilometrów: na własnych nogach przez pustynię, w furgonetkach, na pakach ciężarówek, łodziami, samolotami… by znaleźć się w innym, upragnionym, lepszym miejscu – fizycznie, ale nie tylko – emocjonalnie, duchowo, kulturowo.

Rozmawiając z nimi, Caparrós jako wysłannik ONZ musi zniknąć – spisanie historii migrantów powstaje według konkretnych instrukcji, a jedną z nich jest owo „wyparowanie” postaci dziennikarza z opowieści – złudna próba obiektywnego spojrzenia. Jakby w reakcji na to wyrugowanie z historii, Argentyńczyk snuje swoje rozważania poza schematem, we własnej książce, własnej narracji, w której istnieje jako autor, obserwator, rozmówca.

W obliczu historii przepełnionych brutalnością, gwałtem, krzykiem, handlem kobietami, kanibalizmem, tradycyjnymi wierzeniami, niepewnością, nadzieją – nie ma miejsca na polityczną poprawność, nie ma go też na pewność wyższości zachodniego świata, który w tej książce pojawia się pod postacią jednego z jego reprezentantów – argentyńskiego pisarza.

Co istotne – nie pojawia się także proste poczucie winy czy litość. Jest za to spora doza niezrozumienia obecnego ładu świata, ocierająca się o złość. Ale przede wszystkim bezsilność. Caparrós mierzy się z druzgocącymi dla czytelnika odcieniami globalnego porządku, w którym miliony ludzi giną z głodu i pragnienia, chorują na AIDS (w Zimbabwe jedna osoba na trzy jest seropozytywna, sic!), nie mają dostępu do bieżącej wody czy elektryczności. Czytając dziennik z hiperpodróży niejednokrotnie można zwątpić: co budzi w nas większe zdziwienie –  historie migrantów z Afryki czy sposób życia ludzi Zachodu – nas, białych – tych, których jak mówi jeden z czarnych rozmówców Caparrósa, „czuć trupem”:

Ludzi napędza troska, niepokój zaangażowanie w sprawę wierteł metalowych, usług dla amatorów, komórek, komór, kominów, serów w plastrach – i mogą w trzy dni przejść od wiertła do sera, do statków, komórek, komór, kominów, i jest im wszystko jedno: poświęcają życie działalności, która z powodzeniem mogłaby być absolutnie inną działalnością, tylko po to, żeby zarabiać, i są szczęśliwi i dumni, i jest ich większość, i panują nad światem. Czasem dziwi mnie moja niezdolność zrozumienia życia wielu ludzi.

Caparrós rozlicza się jednak także ze sobą, swoją przeszłością i profesją: „pragnąłem czegoś takiego jak być podobnym do tego człowieka, którym jestem teraz; jak mało wiedziałem”. W jego słowach pojawia się jednak nie tyle kapitulacja – wobec świata czy też reporterskiej tułaczki – co trudna akceptacja wspomnianej już bezsilności, którą łatwo pomylić z rozczarowaniem.

Autor dziennika z hiperpodróży nie rozkłada rąk w geście rozpaczy. Jak przystało na człowieka słowa, nie przestaje pisać o przedziwnym, globalnym układzie zależności, powolnym ujednolicaniu odległych stron świata, a jednocześnie mrożących krew w żyłach kontrastach odnajdywanych za rogiem.

Jak przejść obojętnie obok historii sprzedanej przez męża kobiety, chłopca, który uciekając z kraju, widział ludzi rozszarpujących i zjadających jego babcię, obrzezanej dziewczynki, która emigrując za edukacją, obiecała plemieniu powrót? Bierność jest żadną reakcją. Książka Caparrósa zmusza do poszukania odpowiedzi na pytania stawiane przez skomplikowaną rzeczywistość.

Zapewne łatwiej byłoby być głupcem i nierzadko każdy z nas się o to stara. Ale też każdy prędzej czy później powinien wyruszyć w podróż. Może nie zawsze hiperpodróz, może nawet nie tą fizyczną, i nie zawsze taką, podczas której spotyka się na swojej drodze takie historie jak te spisane przez Caparrósa. Ale jednak podróż, ruch, przemieszczanie się… by nie zastygnąć w prostych odpowiedziach. Przeciwieństwem wspomnianej głupoty nie jest wcale mądrość, ale odwaga wyruszenia na jej poszukiwanie – pełne potknięć, to pewne. Zawsze jednak lepiej pomylić się niż nigdy nie ruszyć z miejsca.

Zobacz także:

Jedna myśl na temat “Księżycowa hiperdpodróż

Dodaj komentarz