Człowiek-pająk i Sokoliki, czyli…

Romans duszy z zimnym sercem granitu

Pochwała na niewzruszony granit i trud wdzierania się na szczyt.

Piękne we wspinaczce jest dla mnie to, że nie można jej uzasadnić – mówi w filmie dokumentalnym traktującym o wspinaczce jeden z bohaterów. Za chwilę padają słowa, że wspinaczka nawet nie udaje, że jest zajęciem, które czemuś służy. Po co w takim razie ludzie wdrapują się po ścianach?

Ikona wspinaczki, Warren Harding, odpowiada:

Po prostu są szaleni. Nie ma innego powodu.

Ruchoma medytacja

Wspinaczka narodziła się w Ameryce w czasach kontrkultury jako forma aktywności, chciałoby się pewnie powiedzieć, bezcelowej. Młodzi ludzie ze sznurami przewiązanymi wokół talii skakali po skałach, obozując w dech zapierającej przyrodzie parku Yosemite. Tak romantycznie niemal początki wspinaczki zarysowują Peter Mortimer i Nick Rosen w filmie „Buntownicy na krawędzi” – obraz ten gorąco polecam).

Wspinaczka skoro wyrysowana jest jako kontrkulturowa, a to znaczy rewolucyjna i u swych źródeł stojąca w sprzeczności z zasadami (nawet z tymi niemożliwymi do obejścia, bo z prawem grawitacji), to nie rości sobie pretensji do bycia ujmowaną w ramy sportu. Ale to już dawne czasy. To, co stało się ze wspinaczką, to jak przeradzała się powoli od lat osiemdziesiątych w sport (coraz częściej zamykany w halach, czyli bulderowniach), mimo że budziło sprzeciw pionierów bezcelowego pięcia się na przekór ustalonym regułom, stać się musiało. Nic dziwnego w historii wspinaczkowego zajęcia. Każda kontrkultura w końcu staje się kulturą, rewolucja spokojem, a chaos zostaje wchłonięty przez porządek. Dziś nowego wymiaru kultury wspinaczy można doświadczać w Yosemite, gdzie praktykuje się po raz kolejny zakazany i rewolucyjny wspin – BASE jumping – wspinanie bez liny, jedynie ze spadochronem, który otwiera się po… tak, po zeskoczeniu z wierzchołka przytłaczających swym ogromem i wielkością skał.

Można znowu zapytać: po co? po jakiego grzyba leźć po skale, ryzykując swoim życiem? Ale przecież dokładnie to samo pytanie moglibyśmy rzucić w twarz każdej innej sportowej aktywności. Wszystkie sprowadzają się do olimpijskiego motta: citius altius fortius / szybciej wyżej mocniej.

Określenie wspinaczki jako ruchomej medytacji spodobało mi się od razu, kiedy je usłyszałam. Kiedy popatrzeć na free solo (czyli wspinaczkę bez zabezpieczeń) w wykonaniu Alexa Honnolda, który ruch za ruchem, powoli i niemal dostojnie wzbija się ku górze, stwierdzenie „ruchoma medytacja” zaczyna nabierać realnych kształtów i barw. Zmierzyć się ze swoją słabością, opanować strach, wydobyć siły w omdlewających rękach i nogach, piąć się nieco wyżej, i nieco wyżej, i nieco wyżej… w zgodzie z myślą, i to znowu cytat, że wspinaczka jest wyzwaniem rzuconym grawitacji.

Przenieśmy się jednak z Yosemite, skakania ze spadochronem z naturalnych drapaczy chmur, i spójrzmy na nasze polskie podwórko wspinaczkowe. To podwórko, na którym tak wiele osób zaczynało swoją przygodę ze wspinaczką: Wojciech Kurtyka, Zbigniew Czyżewski, Krzysztof Wielicki, Wanda Rutkiwicz… Swoje pierwsze kroki stawiali tu sławni alpiniści i himalaiści. Może w Sokolikach mniej zatem rewolucji i kontrkultury, ale i tak czuć w nich bajeczną atmosferę odurzającego rzucanym w twarz odważnym wyzwania wspinaczki.

Sokoliki, rój pająków i turystyczne co nieco

Wiedziałam, że w skałach mi się spodoba. Nie wiedziałam tylko, że tak bardzo. W granicie Rudaw Janowickich zakochałam się od pierwszych kilku metrów przebytych ku szczytowi. Ale serce drżało już nieco mocniej, kiedy leśnym szlakiem wraz ze znajomymi przemierzaliśmy kolejne metry ku wspomnianym skałom.

Warto w tym miejscu dla ścisłości (nie tylko geograficznej) i porządku (także) przywołać kilka informacji. A że dalece bardziej kompetentny ode mnie jest autor przewodnika po Górach Sokolich, Michał Kajca, zacytuję właśnie jego słowa:

Góry Sokole, przez wspinaczy zwane Sokolikami, to niewielki masyw górski położony w południowo-zachodniej Polsce, w bliskim sąsiedztwie Jeleniej Góry. W skład Gór Sokolich wchodzi sześć kopulastych wzgórz, ograniczonych przełomową Doliną Bobru (od pn.) Wzgórzami Karpnickimi należącymi do Kotliny Jeleniogórskiej (od pd. i zach.) oraz masywem Rudaw Janowickich (od wsch.). Wyliczając w kolejności od najwyższego, są to: Krzyżna Góra (654m n.p.m.), Sokolik (623m n.p.m.), Browarówka (510m n.p.m.), Rudzik (500m n.p.m.), Łysa (490m n.p.m.) i Buczek (456m n.p.m.). Interesujące z punktu widzenia wspinaczy są właściwie tylko dwa pierwsze z nich.

W Górach Sokolich znajdziecie oczywiście nie tylko wspinaczy, którzy jak pająki pełzają po skałach, skałkach i skałeczkach, ale także turystów, którzy spędzają czas rodzinnie – na spacerach – czy też bardziej sportowo: na trekkingu. Szlaków i widoków od wyboru do koloru. Sokoliki dają dużo frajdy nawet bez wspinania. A że znajdują się w okolicach Jeleniej Góry i Karpacza, zawsze można powędrować w te strony i zdobyć karkonoską Śnieżkę, zajrzeć do jeleniogórskiego aquaparku – Term Cieplickich, lub odwiedzić średniowieczny Zamek Chojnik z widokiem na Karkonosze (czemu by nie we wrześniu, kiedy odbywa się tam turniej rycerski).

W okolicach Sokolików łatwo też o zakwaterowanie. W niedalekiej odległości od skał można znaleźć schronisko Szwajcarka, jest tu także camping 9UP w Trzcińsku. Z kolei w Karpnikach znajdziecie agroturystykę Karioka. Na swój babski wyjazd (Olga, Karola i ja) wybrałyśmy Tabor pod Krzywą. Po pierwsze znajduje się około piętnastu minut marszem od skał. Jest położony w pięknej okolicy dającej cień, co w upale lata jest przyczyną sporego wytchnienia. Dodatkowo panuje tu kojąca atmosfera i nie ma prądu. A zatem jeżeli ktoś chce odciąć przewody oplatające ciała poprzez telefony, komputery i inne urządzenia elektroniczne, nie ma dogodniejszego miejsca (no chyba że w swoim podróżnym zestawie znajduje się u was na przykład power bank).

W Taborze rozbiłyśmy swój namiot. Okazało się, że Olga pochodzi z rodziny niemal profesjonalnych kempingowiczów i od najmłodszych lat nie jest obcy jej świat pola namiotowego. W związku z tym bez dwóch zdań miałyśmy największy, najlepszy i najwygodniejszy namiot oraz wszelkie kempingowe dogodności były na nasze skinienie. Tak jeszcze nie obozowałam – iście po królewsku!

Zachwyt pozostał

Bez zawahania napiszę jednak, że to nic innego, ale właśnie wspinaczka wywarła na mnie największe wrażenie w Sokołach. Dziś, kiedy siedzę już wygodnie we własnym mieszkaniu przed komputerem, tęskno mi bardzo za skałą, liną i drogą hen pod chmury. Dobrze, dobrze… teraz mnie poniosło, aż tak wysoko to nie było.

Ta moja pierwsza wyprawa na wspinaczkę w Sokoliki z pewnością nie była ostatnią. I nie chodzi wcale o to, że wspinaczka to świetna zabawa, ruchoma medytacja, zajęcie dla szalonych, bezcelowa aktywność, bezużyteczne zajęcie, pokonywanie siebie, testowanie swoich umiejętności, uczucie wyczerpania i satysfakcji po zdobyciu szczytu, strach pomieszany z radością i maksymalnym skupieniem… – to wszystko tak, ale i coś jeszcze. Ale po to coś jeszcze trzeba powędrować samemu na szczyt.

3 myśli na temat “Człowiek-pająk i Sokoliki, czyli…

  1. Weź mnie podlinkuj ten film w odpowiedzi na mój film.
    Jak się wyrobisz w ciągu tygodnia z artykułem, to jeszcze mogę go wrzucić w publikację.
    A poza tym miód, maliny i zazdro.

  2. Ten artykuł działa jak „My, dzieci z dworca Zoo” – po przeczytaniu czujesz, jakie to niebezpieczne, ale tym bardziej pragniesz się uzależnić! Kiedy kolejny artykuł??

Dodaj komentarz